Strona z tekstami



Igraszki władzy.
Artykuł M. Króla redaktora naczelnego pisma "ResPublica".







    Jak mogło dojść do tego, że w dziesięć lat po odzyskaniu niepodległości cała sfera symboli i moralności legła w Polsce w gruzach?







  

  

Miniony rok, chociaż zapewne nie był pod tym względem wyjątkowy, obfitował w igraszki władzy bawiącej się sama ze sobą. A gry były następujące: Grom i minister Pałubicki, rozpad koalicji, lustracja, NIK, pieniądze dla nauczycieli, wybory prezydenckie... Władza zatem miała wesoło,nas zaś zanudzono i zabiedzono.

Na mijający rok można spoglądać z kilku punktów widzenia. Po pierwsze, zarówno w wypowiedziach polskich polityków, w części polskiej prasy, a także dość powszechnie w prasie zagranicznej zdarzenia tego roku zakończone wyborami prezydenckimi okazują się „normalnym” funkcjonowaniem demokracji z jej wzlotami i z jej ciemnymi stronami.

Ludzie bowiem chętnie zmieniają pana w tej nadziei, że poprawią swój los, i ta wiara daje im przeciwko panującemu broń w rękę — w czym zawodzą się, przekonawszy się przez doświadczenie, że tylko pogorszyli swe położenie. To zaś wypływa z innej konieczności, naturalnej i pospolitej, która powoduje, że książę nowy musi zawsze krzywdzić swych nowych poddanych, czy to przez swych ludzi zbrojnych, czy to przez inne niezliczone zniewagi, które pociąga za sobą nowy nabytek. W ten sposób znajdziesz pośród swych nieprzyjaciół tych wszystkich, których skrzywdziłeś przez objęcie władzy, a nie zdołasz w przyjaźni utrzymać tych, którzy cię wynieśli, ponieważ nie potrafisz zadowolić ich w sposób odpowiadający ich nadziejom, a mając względem nich zobowiązania, nie możesz przeciwko nim używać ostrych środków.  

Machiavelli,
Książę 
Polska zatem według tej opinii stała się stabilnym krajem demokratycznym. Po drugie, można dawać wyraz obrzydzeniu polityką, oburzeniu na klasę polityczną, korupcję, podejmowanie zastępczych tematów czy też zwyczajną głupotę. Oba stanowiska są do pewnego stopnia słuszne i obie tendencje występują nie tylko w polskiej demokracji, ale także w niemal wszystkich rozwiniętych zachodnich demokracjach. Istnieje jednak trzeci punkt widzenia, który teoretycznie powinien być najważniejszy, ale w praktyce jest traktowany jako najmniej ważny. Chodzi mianowicie o punkt widzenia obywateli, którego nie wyraża ani prasa, ani inne mass media, ani politycy działający na wszystkich szczeblach państwowej i samorządowej administracji. Kiedy będziemy się zastanawiali nad tą sprawą, spróbujemy uznać mijający rok w Polsce za charakterystyczny nie tylko dla Polski (gdzie pewne problemy tylko widać wyraźniej), ale dla zjawiska, które ogólnie określa się mianem kryzysu demokracji czy może dokładniej kryzysu umowy społecznej, jaka tkwiła historycznie u podstaw demokracji i jaka powinna dalej stanowić jej podstawę.

Hobbes, Locke i Rousseau

Te trzy podstawowe idee umowy społecznej obowiązują do dzisiaj. Od Hobbesa wiemy, że cedujemy swoją wolność na rzecz suwerena, ale tylko w zamian za pewne świadczenia, a przede wszystkim bezpieczeństwo. Od Locke’a (i Monteskiusza) wiemy, jak wielka jest rola społeczeństwa obywatelskiego oraz rządów prawa, zaś od Jana Jakuba Rousseau, że demokracja jest oparta na wspólnocie politycznej, która jest wyrażana przez wolę powszechną. Naturalnie specjaliści będą do końca świata zajmować się interpretowaniem tych wielkich myślicieli i wskazywaniem na problemy wynikające z ich poglądów, ale dla nas wystarczy tyle, co powiedziane powyżej.

Jeżeli zatem rozumieć Hobbesa nieco szerzej, to rolą suwerena (czyli władzy) jest zapewnianie obywatelom poczucia bezpieczeństwa, ale nie tylko fizycznego, chociaż także, lecz również pewności, że nie utracą pracy, że otrzymają należną im emeryturę, że ich dzieci zdobędą wykształcenie, na jakie pozwala im ich inteligencja i zdolności, oraz wielu innych świadczeń, które kryją się pod ogólnym sformułowaniem – bezpieczeństwo. Także świadczeń zdrowotnych na przykład. Otóż jeżeli przypomnimy sobie reformy, jakie zostały dokonane przez obecny rząd i których konsekwencje widzimy teraz wyraźnie, to okaże się, że suweren nie wywiązał się z żadnego ze swoich zadań, ale raczej doprowadził do pogorszenia poczucia bezpieczeństwa we wszystkich możliwych dziedzinach. Być może nie jest to tylko wina tego rządu, ale i poprzednich – a ja nie mam zamiaru pastwić się na tym właśnie rządem – lecz trzeba jasno powiedzieć: władza w Polsce nie udźwignęła ciężaru spoczywającej na niej odpowiedzialności. Zaś fakt, że żyjemy (część z nas) jako tako wynika przede wszystkim z indywidualnej ludzkiej przedsiębiorczości, do czego władza nie jest potrzebna. Nawet zasada głosząca, że władza chociaż nie powinna przeszkadzać obywatelom, nie jest spełniania, gdyż władza przez system podatkowy i wiele innych chaotycznych działań fiskalnych wprowadza raczej zamieszanie niż spokój niezbędny dla poczucia bezpieczeństwa.

Jeżeli Locke’a rozumieć jako zwolennika rządów prawa, to korupcja polityczna i zwyczajna, a także nieprzestrzeganie zasad prawnych przez władze na wszystkich poziomach oraz tempo i sposób działania sądów świadczą o tym, że rządy prawa są w Polsce kompletną iluzją. Nie chodzi o brak odpowiednich przepisów, ale o wyraźny związek między wykroczeniem lub przestępstwem a karą. Przy czym stosunkowo mniej ważne są tu klasyczne przestępstwa kryminalne, ale przestępstwa polityczne, czyli zagarnianie władzy w celu osiągnięcia korzyści materialnych (bezpośrednich lub pośrednich), praktyczna niekaralność osób sprawujących władzę polityczną, co dotyczy wszystkich formacji politycznych. Natomiast społeczeństwo obywatelskie coraz częściej zajmuje się wyręczaniem władzy w tych dziedzinach, w których coraz bardziej nie daje ona sobie rady. Nie taka powinna być jego rola. Społeczeństwo obywatelskie to raczej forma organizowania się obywateli dla rozwiązywania wspólnych spraw, a nie ratowania się przed błędami lub bezczynnością władzy. Godny podziwu rozwój społeczeństwa obywatelskiego w Polsce jest zatem tylko dowodem bezradności władzy w takich dziedzinach jak edukacja, służba zdrowia, bezpieczeństwo czy wspieranie kultury.

Wreszcie od czasów Rousseau wiemy, że demokracja to nie tylko zestaw formalnych reguł rządzenia państwem, ale także czy raczej przede wszystkim wspólnota polityczna, która tworzy to państwo. Oczywiście wspólnota nie oznacza jedności, lecz tylko poczucie wspólnego celu czy, jak kto woli, interesu. Rozumiał to znakomicie Jerzy Giedroyc, ale też brak takiej wspólnoty powodował, że z goryczą patrzył na rozwój niepodległej Polski. Co ważne, to startowaliśmy z takiego punktu, kiedy wspólnota była możliwa, potem – z wyjątkiem pierwszego okresu rządu Tadeusza Mazowieckiego – wszyscy robili wszystko, co możliwe, żeby potencjalną wspólnotę rozbić. Być może marzeniem był rząd wspólny wszystkich Polaków (z wyjątkiem kilku komunistycznych przywódców), ale marzenie to stało się zupełnie nierealne, kiedy to, między innymi za sprawą „Gazety Wyborczej”, niektórych polityków Unii Wolności oraz nonsensownych sporów wokół tak zwanego Okrągłego Stołu, przestano odróżniać rzeczywiście ludzi złych, którzy powinni odejść, od milionów gotowych na nowe czasy Polaków. Wspólnoty nie ma, bo nie było bardzo ograniczonej i bardzo stanowczej dekomunizacji, co spowodowało, że jeszcze przez dziesięciolecia będziemy się spierali o to, kto naprawdę ma prawo być Polakiem, co dowodzi, że nie wiemy kim, jako wspólnota jesteśmy lub mieć bylibyśmy. Z tego wynikają praktyczne konsekwencje, o czym poniżej.

Władza z władzą, obywatele z obywatelami

Miniony rok, chociaż zapewne nie był pod tym względem wyjątkowy, obfitował w igraszki władzy bawiącej się sama ze sobą. Gry były następujące: Grom i minister Pałubicki, rozpad koalicji, lustracja, NIK, pieniądze dla nauczycieli, wybory prezydenckie, rozpad lub nie AWS, wreszcie po cichutku – kilka przypadków dymisji spowodowanych już nazbyt daleko posuniętą korupcją. Obywatelom pozostało bawić się między sobą, ale ze względu na coraz gorszą sytuację ekonomiczną i rosnącą inflację nie bardzo było w co. Władza zatem miała wesoło, nas zaś zanudzono i zabiedzono.

Szczególną rolę w tym wszystkim odegrała partia mi najbliższa, a mianowicie Unia Wolności. Jeżeli można było uznać jej koalicję z AWS za rzecz nieuniknioną, to wyjście z tej koalicji nastąpiło o co najmniej pół roku za późno, a potem odmowa wystawienia własnego kandydata w wyborach prezydenckich lub też poparcia jednego z liczących się kandydatów sprawiły, że partia ta znalazła się na granicy śmieszności. Nie znam przypadku, by jedna z trzech najważniejszych partii w demokratycznym kraju nie wskazała kandydata na prezydenta. I tym razem Unia Wolności zabawiła się sama z sobą i kolegami, zaś swoich wyborców beztrosko porzuciła, za co poniesie – nie wątpię – zasłużoną karę.

Zdaję sobie sprawę z tego, że we wszystkich demokratycznych krajach istnieje kryzys systemu partyjnego, ale w Polsce kryzys ten osiągnął rozmiary pozwalające wątpić w to, czy ten układ partyjny może w ogóle przetrwać. Na tym tle śmieszne nieco były uwagi komentatorów dotyczące względnego sukcesu wyborczego Andrzeja Olechowskiego, który rzeczywiście nie ma zaplecza partyjnego. Po co komu takie zaplecze? Jarosław Kalinowski ma znakomite zaplecze i nic z tego. Jest to jasny dowód na to, że partie w Polsce obchodzą tylko tych, którzy liczą na korzyści wynikające z partyjnej przynależności, a to – mimo wszystko – jest tylko niewielka grupa osób. Aleksander Kwaśniewski wygrał nie dlatego, że reprezentował SLD, ale dlatego że (poza jednym znanym i raczej przez wyborców zlekceważonym przypadkiem) nikomu specjalnie się nie naraził ani nie wykonał większych głupstw. Był to zatem wybór na zasadzie: na bezrybiu i rak ryba.


Przy tej okazji warto zwrócić uwagę, że praktycznie od wielu lat nie pojawił się ani jeden nowy lub nieznany dotychczas polityk. Nawet rządzące AWS nie potrafiło pokazać nowych twarzy lub nowych osobowości. Można by sparafrazować zdania zamieszczone w latach trzydziestych w organie Jerzego Giedroycia „Buncie Młodych” – Polską rządzi generacja niewoli, czyli tych, którzy (choćby najbardziej szlachetni) wychowali się i wyedukowali politycznie przed 1989 rokiem. Wszystkim partiom kompletnie brak zdolności do wyłonienia nowych przywódców (może z wyjątkiem PSL, bo tu pojawiło się aż dwóch, ale bez większych sukcesów). Jest wprawdzie nieco posłów poniżej trzydziestki, ale kto o nich słyszał? Niezdolność do wychowania i wypromowania nowej generacji polityków nie wynika z prostej bezradności i braku ludzkiego materiału, lecz z tego, że wszyscy politycy wszystkich partii za nic w świecie nie oddadzą zajmowanych przez siebie stanowisk i nie chcą zrezygnować z rządzenia, jeżeli nie krajem, to własną koterią. Na tym tle zrozumiała jest reakcja zwrotna, obojętność młodzieży w stosunku do polityki i fakt, że właśnie spośród młodych ludzi Olechowski zdobył najwięcej zwolenników. I tym razem na bezrybiu i rak ryba.

Kpiono więc sobie z nas w tym roku niemiłosiernie, ale nie był to przecież pierwszy taki rok. Jak mogło dojść do tego, że w dziesięć lat po odzyskaniu niepodległości cała sfera symboli i moralności legła w Polsce w gruzach? Przecież dobitnie o tym świadczą zarówno spory o wymienienie Lecha Wałęsy w uchwale Senatu, przebieg rocznicowych uroczystości w Gdańsku czy też wypowiedzi Krzaklewskiego o Kuroniu. Nikt nikogo nie szanuje w świecie polityki, politycy starają się poniżyć siebie, swoich kolegów i swoich nieprzyjaciół ze wszystkich sił, jak więc mogą oczekiwać, że my będziemy ich szanowali?

Czy można żyć bez klasy politycznej?

Ja uważam, że można. Coraz częściej słyszymy, że tak naprawdę istotna jest jedynie sytuacja gospodarcza, że wobec tego, o ile w gospodarce nic złego się nie dzieje, to społeczeństwa na polityków zwracają niewielką uwagę. Dowodzą tego liczne przykłady z dojrzałych demokracji, gdzie bardzo rzadko dochodzi do zmian politycznych, kiedy sytuacja gospodarcza jest stabilna. Polska jednak różni się w tym zakresie od dojrzałych demokracji, ponieważ u nas trzeba było reformować państwo czy wręcz doprowadzać do przemian rewolucyjnych. Przemiany gospodarcze do pewnego stopnia się powiodły, mimo że wszyscy ich autorzy byli świadomi paradoksu, że wolny rynek wprowadzany jest odgórnie, nakazowo. Nie jest to jednak takie proste z polityką i tu trzeba postawić poważne pytanie: czy mianowicie demokracja, tak pojmowana jak obecnie w rozwiniętych demokracjach, nadawała się w Polsce do reformowania państwa? Są dwie możliwe odpowiedzi.

W latach 1989-1991 wprowadzono w Polsce reformy ustrojowe, które miały spowodować, że powstanie wspólnota polityczna i demokracja. Formalnie demokrację mamy, ale reformatorzy także przeprowadzający te operację odgórnie – bo jakże było można inaczej – nie zdali sobie sprawy lub nie poświęcili dostatecznie namysłu temu, że formalna demokracja, istnienie demokratycznych procedur wyborczych nie wystarczają do zaistnienia demokratycznej polityki. Mamy więc z jednej strony demokrację znakomitą, a z drugiej brak demokratycznej polityki, czyli brak władzy ludu sprawowanej przez ów lud w jakiejkolwiek postaci, nawet samorządy zostały doszczętnie upolitycznione. Nie zostały uruchomione żadne formy rzeczywistych relacji między społeczeństwem a władzą, co było niezwykle widoczne w trakcie ostatniej kampanii prezydenckiej. Kandydaci doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że nie ma potrzeby rozmawiania ze społeczeństwem o konkretach, bo ono i tak nic o nich nie wie. Klasa polityczna uznała, że dla jej wygody najlepiej pozostawić społeczeństwo w stanie ciemnoty i realizować reformy bez jego zgody i wiedzy. Ostatni rok jednak okazał się nieco inny. Reform już nie realizowano ze strachu przed negatywnymi skutkami już zrealizowanych poprzedniego roku, co sprawiło, że klasa polityczna kompletnie straciła jakiekolwiek zainteresowanie społeczeństwem.

Jakie będą tego konsekwencje? Albo proces będzie posuwał się dalej i będziemy zmierzali do swoistego oświeconego absolutyzmu (tylko gdzie ci oświeceni przywódcy?), albo społeczeństwu znudzi się tak długotrwałe lekceważenie i dojdzie do swoistej rewolucji, która wyłoni populistycznych przywódców. A ponieważ sytuacja gospodarcza się pogarsza, ta druga ewentualność wydaje się coraz bardziej prawdopodobna. Jeżeli bowiem ktoś miał złudzenia, to mijający rok musiał doprowadzić do ich rozwiania.                                      

Marcin Król - historyk idei, socjolog, dziekan Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, redaktor naczelny "Res Publiki Nowej". Ostatnio opublikował książkę Romantyzm. Piekło i niebo Polaków.


 
  k_sidor[x]czuk[@]poczta.onet.pl do góry  

Strona główna | Władza encyklopedycznie | Esej Leszka Kołakowskiego | Deklaracja Niepodległości USA | Przemówienie Alla Gore
Wywiad z prof. Jedlińskim | Konstytucja 3 Maja | Teksty Machiavellego | Konstytucja III RP | Horoskop druidów